Piękne pola. Rina Schenfeld.

Rina Schenfeld

Lubię patrzeć na twarze pięknie starzejących się kobiet. Chociaż narażam się na zarzut o uleganie tyranii estetyzacji, która domaga się, aby starość nie straszyła nas rozkładającym się za życia ciałem, to nie wstydzę się tej słabości. Piękna starość to dla mnie taka, w której zapisało się życie przeżyte w zgodzie ze sobą, swoimi instynktami i pasjami, z realizacji których nie zwalnia podeszły wiek. 

Zazdroszczę Rinie

Czasem przyłapuję się na myślach, że chciałabym już być na miejscu tych pięknych staruszek i ta myśl wydaje mi się bardzo naturalna. Ale jeśli dziwi Was to wyznanie trzydziestoletniej kobiety, otwórzcie w Google wyszukiwarkę grafiki i wstukajcie hasło „Rina Schenfeld”. Zobaczycie twarz starej kobiety, w której zakochacie się od pierwszego wejrzenia. Pozazdrościcie jej zmarszczek i przebarwień na skórze. Kościstych ramion i wystających obojczyków. Ale przede wszystkim pozazdrościcie ekspresji na twarzy i w ciele. Łatwości, z jaką prostuje nogę w górze. Długich włosów zafarbowanych na kasztanowy kolor. Widocznej pasji i radości życia. A może, tak jak ja, zakochacie się po prostu w jej długiej szyi.

Wyszukajcie Rinę Schenfeld na facebooku. Zakradnijcie się na jej profil – skorzystajcie z okazji, że można podziwiać jej galerię zdjęć. Zobaczcie ją na tych fotografiach i zechciejcie zestarzeć się z tym samym wdziękiem. A w podaną przez Rinę datę urodzenia możecie wierzyć lub nie. Gdybyście znali prawdziwą datę, zazdrościlibyście jej jeszcze bardziej.

Ale można też Rinie zazdrościć przyjaźni z Piną Bausch, z którą zetknęła się w prestiżowej, nowojorskiej Juilliard School. „Ona pochodziła z Niemiec a ja z Izraela – i bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Byłyśmy jak siostry” – mówiła po śmierci Piny.

O Rinie pisze się dzisiaj jako o matce chrzestnej tańca nowoczesnego w Izraelu. Koronują ją jako królową tańca, jego pierwszą damę. Nie może być inaczej skoro w latach sześćdziesiątych była jedną ze współzałożycielek i primabaleriną w Batsheva Dance Company. Dekadę później założyła własny teatr tańca w Tel Avivie – Rina Schenfeld Dance Theater.


Ekspresja po trzydziestce, improwizacja po czterdziestce

W artykułach często można przeczytać, że w swojej pracy twórczej Rina „zbuntowała się” przeciwko swojej „duchowej matce” – Marcie Graham, jednej z największych choreografek, u której Rina pobierała nauki. Sama przyznaje, że o ile Martha miała na nią olbrzymi wpływ, o tyle ona sama będąc inną osobą w naturalny sposób wybrała inną, nową drogę.

 Rina Schenfeld Dance Theater

W performance’ach Rina wykorzystuje przedmioty znane z codziennego życia i natury, tkaniny, video, światło. To z nich konstruuje abstrakcyjny świat tańca i poezji. Z czasem dojrzała także do improwizacji. „Aż do czterdziestki nigdy nie improwizowałam!” – powiedziała niedawno w wywiadzie, a mi przypomina to wywiad z Małgośką Szumowską, jaki ukazał się ostatnio w Wysokich Obcasach: „To chyba częste, że kobiety dopiero koło czterdziestki odnajdują swój styl (…) – Dlaczego dopiero koło czterdziestki? – Chyba dlatego, że się nabiera pewności siebie”. Tak w życiu, jak i w tańcu.

Często pytają Rinę o sekret, który pozwala jej tańczyć mimo jej siedemdziesięciu kilku lat, podczas gdy amerykańscy tancerze już około trzydziestki rozważają zakończenie swojej kariery. „To właśnie po trzydziestce ciało nabywa zdolność tej ekspresji, której nie ma w młodszym wieku – odpowiada Rina – Nie mogę już skakać tak, jak młodzi i nie chcę skakać. Mam dosyć skakania. Ale moje ciało i dusza mają tę inną jakość, której nie mają młodsi.”

Piękne pole bez „ö”

Nie miałabym okazji dowiedzieć się o Rinie Schenfeld, gdybym od kilku lat, z mniejszą lub większą regularnością, nie przychodziła do krakowskiego Cafe Młynek na Placu Wolnica. Miejsca, w którym każdorazowo i bez wyjątku odzyskuję równowagę emocjonalną, czasem nawet życiową. Zastanawiając się kiedyś nad źródłem tej energii, zwróciłam uwagę na właścicielkę kawiarni: na sposób, w jaki rozmawiała ze swoimi pracownikami i odwiedzającymi ją przyjaciółmi, na jej wzbudzający zaufanie głos i niewymuszoną serdeczność.

Miejsca tworzą ludzie, ich energia i charyzma. Cafe Młynek swoim gościom oddaje całą tę dobrą energię, którą w jego tworzenie wkłada Elżbieta Schönfeld. Rina Schenfeld to jej ciocia, o której istnieniu dowiedziała się niedawno. Obydwie piękne, o podobnych rysach twarzy, uśmiechach i spojrzeniach. Różni je jedna litera w nazwisku, celowo zmieniona przez Rinę, która niezbyt chętnie nosiła niemieckie „ö”. Rdzeń jednak pozostał, a Schönfeld oznacza przecież „piękne pole”.

Justyna Kozioł

Reklamy

One thought on “Piękne pola. Rina Schenfeld.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s