Ocik. Maria Drozdowska.

W 1919 roku Polska nie była tak jednoznaczna jak teraz. W tym roku w Jeżowem urodziła się siostra mojej babci, Maria Drozdowska nazywana przez rodzinę Mijką. Jej ciotka Adela wciąż opłakiwała zmarłego narzeczonego, Józefa Ingrama z niemieckiej części Raniżowa. Gdy Mijka dorosła i zakochała się ze wzajemnością w Ukraińcu, nie mogła już myśleć o narzeczeństwie z obcym. Marzyli o wspólnej ucieczce do Jarosławia, ale to były mrzonki. „Ludzie nie daliby nam żyć” – powiedziała mi na początku czerwca 2003 roku. Dodała też, że czuje teraz wokół ksenofobię i wojowniczy nacjonalizm, które bardzo przypominają jej tamten przedwojenny klimat. I że boi się powtórki z historii.

Było tuż przed referendum w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej i w Kotlinie Kłodzkiej, gdzie mieszkała, budziło to wielkie emocje. Pierwszy raz zobaczyłam w mojej wakacyjnej krainie takie poruszenie. W dzieciństwie sądziłam, że lwowski zaśpiew stąd właśnie się wywodzi, potem dowiedziałam się, że to przesiedleńcy, a dopiero w 2003 roku zrozumiałam, że wciąż się boją. Jeśli straci się raz swoje miejsce, żadne już nigdy nie będzie naprawdę „własne”.

Mijka pochodziła z rodziny, która nie miała tego problemu. Jej dziadkowie – sieniawska mieszczka i murarz postawili na kształcenie dzieci. Przeprowadzili się do Przemyśla i wszystkie 5 córek zostało c.k. nauczycielkami, najstarszy syn urzędnikiem, a najmłodszy księdzem. Mieszkali tam, gdzie była praca, a na święta i wakacje zbierali się u tego, który mógł ich wszystkich ugościć – czyli u księdza. Często się fotografowali i skrzętnie przechowywali wszystkie rodzinne dokumenty i zdjęcia. To dziwne, większość rodzin osiadłych w jednym miejscu nie gromadzi taki licznej dokumentacji, jaką zgromadziły siostry Michalskie mimo swoich chronicznych przeprowadzek. Chcę kiedyś pojechać ich szlakiem i na pewno zajrzę wtedy do Jaty. O niej Mijka napisała piękne opowiadanie, które kończy się zdaniem: „Kiedy nauczycielka z dziećmi jechała do swojej rodziny – stara Rębiszka dziwiła się i mówiła kiwając głową: My krzaki, Wy ptaki.” To stwierdzenie jest tytułem opowiadania i zarazem podsumowaniem. Nie znalazłam nikogo w tej rodzinie, kto umarłby tam, gdzie się urodził.

Do gimnazjum chodziła w Nisku. Z wcześniejszych zdjęć spogląda czupurna dziewczynka wyraźnie wyrwana przez dorosłych z własnego świata. W Nisku to już panienka z warkoczami, potrafi się uśmiechać do aparatu i przybierać wdzięczne pozy. Przed wojną jej rodzeństwo zdążyło skończyć studia, siostra Gabriela (moja babcia) polonistykę we Lwowie, brat Jerzy prawo w Krakowie. Mijka zaczęła upinać warkocze i zdała maturę.

Po wojnie większość ocalałej rodziny przeniosła się na Ziemie Odzyskane. Siostry Michalskie były już na emeryturze, Jerzy ukrywał AK-owską przeszłość, a Mijka została Ocikiem. Moja babcia urodziła syna i Mijka pomagała w jego wychowaniu. Ten syn – mój ojciec zaczął mówić do Mijki: „Ocik”, a potem nauczył tego swoje dzieci: mnie i mojego brata. Żadne zwykłe imię nie byłoby dobre, jej niespotykana wrażliwość wymagała czegoś specjalnego, a my byliśmy tymi, którym dawała szczególnie dużo swego ciepła.

Oczywiście, opiekowała się też innymi: swoimi uczniami, chłopcami, którzy błądzili i popadali w konflikt z prawem, tymi, którzy od własnych rodziców ciepła nie dostawali. Tak, nie zawsze wychodziła na tym dobrze, właściwie przeważnie źle. Ale przecież nie chodziło o nią. Toczyła swój prywatny bój z nieczułością i bezdusznością tego świata. Swoim działaniem i pisaniem próbowała potrząsać ludźmi. Jej teksty drukowane w „Gazecie Prowincjonalnej” miały mało słów, ale wielki ładunek treści. Przy swoim biureczku w Klubie Seniora przygotowywała programy kolejnych działań. Drobna, przygarbiona staruszka karmiła gołębie na kłodzkim rynku, ale nie myślcie, drodzy rodacy, że jej wielka wada wzroku i podeszły wiek nie pozwalały widzieć Was dokładnie! O nie…

Uczyła nas kochać własny kraj w jedyny właściwy sposób, bez niechęci do obcych, bez wydumanej wielkości, za to z zachwytem nad każdą łąką i drzewem. Tak, tacy ludzie naprawdę istnieją, ale mijacie ich z myślą, że mają niemodną czapkę. Brzmi jak bajka? Ocik była moją baśnią dzieciństwa, a Kłodzko było miejscem, w którym jest zawsze lato.

Co sprawia, że jakieś miejsce jest dla nas baśniowe? Sztafaż rzeczy namacalnych jest niezbędny, oczywiście. Most sklejony białkami, opleciony legendą, widok na schodki z szyldem zegarmistrza, księgarnia w podcieniach, parasolki przy fontannie, chłód podziemi, skwar na twierdzy… Spędzałam w Kłodzku połowę z każdych wakacji dzieciństwa. Znam Kłodzko tylko latem. To miasto nie ma dla mnie innych pór roku.

Jest w tej baśni stare miasto i wieczne lato, ale już wiem, że to nie wszystko. Nagle zabrakło drobnej postaci, która codziennie przemierza Łukasińskiego (tam, gdzie te murki, po których chodziłam), karmi gołębie na rynku i choć ma tak słaby wzrok, widzi więcej niż większość z nas.

Zdążyłam jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham, że ratowała moje dzieciństwo, że nigdy nie zapomnę opowiadań, które pisała tylko dla mnie. Uwielbiałam jej bezpretensjonalny styl, uwielbiałam jej lekceważenie dla pieniędzy i blichtru. Uwielbiałam jej świat, w którym każdy mógł się stać dobry. Wystarczyło podać mu rękę.

Umarła, gdy ściął mróz i nagle w moim Kłodzku zapanowała zima. Moja baśń znikła.

Link do jednego z do tekstów Marii Drozdowskiej: Już lato

Anna Treska-Siwoń

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s