Pani Marija. Doświadczenia uchodźczyń.

Na temat pamięci o wydarzeniach wojennych, eksodusu i życia na uchodźstwie prowadziłam badania wśród Macedończyków w Republice Macedonii w latach 2006–2011[i], przy czym pogłębione wywiady narracyjne z Egejkami na temat ich osobistych doświadczeń odbyły się w 2011 r. Kobiety te opowiedziały mi, jak pamiętają życie, relacje rodzinne i sąsiedzkie panujące we wsiach, w których się urodziły; ale także, jak zostały przyjęte w nowym miejscu i jak odebrały kraje, które udzieliły im schronienia.

Mówiły o eksodusie tysięcy dzieci z ich ojczyzny; przyjaźniach z innymi dziewczynkami, które dzieliły podobny los, o rozłące z rodzinami i pierwszych, dramatycznych spotkaniach po latach, o ciągłym życiu w drodze, wędrówce i nieustannych przeprowadzkach, jednak nigdy nie do zakazanego dla nich miejsca urodzenia. W czasie wydarzeń wojennych były one kilkuletnimi dziewczynkami. Wspominając ten czas, opowiadały o wojnie toczącej się na terenach, gdzie się urodziły i gdzie przeżyły pierwsze lata swojego życia. W ich opowieściach II wojna światowa i wojna domowa w Grecji zlewają się w jedną.

Herstoria: narracja Pani Marii  — uchodźczyni z Egejskiej Macedonii (dzisiejsza Grecja)

Chciałabym przytoczyć teraz większą część wywiadu, który w maju 2011 r. przeprowadziłam z Panią Mariją[ii], ludową śpiewaczką urodzoną w 1942 r. w Macedonii Egejskiej (wieś Požarsko, dziś gr. Lutraki).

Marija: — Ja jestem ciotka Marija, urodzona we wsi Gorno Požarsko, w egejskiej części Macedonii, w regionie Vodeńskim. Urodziłam się w 42-gim, w czasie zawirowań wojennych. Gdy miałam 3 lata, moi uciekli ze wsi Požarsko. Tak jak i inni ludzie, którzy musieli uciekać, tak i moi rodzice uciekli ze mną i z moim małym braciszkiem. Uciekli do Mariova, do Skočiviru. Ja z tego okresu nic nie pamiętam, moje dzieciństwo jest wymazane całkowicie. Zaczęłam zapamiętywać w Vojvodinie. Wiele wycierpieliśmy wówczas [podczas ucieczki; dop. M.M.], ja bardzo się rozchorowałam, mojej mamie umarło dwoje dzieci, zostałam tylko ja, leżałam w Skopje w szpitalu.

M.M. — Ile lat wówczas Pani miała?

Marija Pięć lat. Przestałam wtedy chodzić. Byłam bliska śmierci. Mój ojciec przywiózł mnie do Skopje, do szpitala (wtedy mieszkaliśmy w Prilepie), sześć miesięcy mnie leczono, uratowano mnie od choroby, nie wiem co to była za choroba.

M.M. — A co było przyczyną tej choroby? Czy była ona skutkiem wojny?

Marija Nie było wówczas wojny, ale nie było też spokojnie… to były partyzanckie czasy. Panował duży głód i nędza, było wielu ludzi, którzy uciekli z domu. I później przeprowadzamy się w 1948 r. do Vojvodiny (wieś Gakovo, Sambor).W Vojvodinie dano nam domy. Stały tam opuszczone domy, po… Austro-Węgrach. W tych domach osiedlono głównie Macedończyków z egejskiej części Macedonii.

M.M. — Jak się wam tam mieszkało, jakie były warunki życia?

Marija — Każda rodzina miała własny dom, było nam tam bardzo dobrze. Domy były bardzo solidne, niskie, każdy dom miał studnię… W takich czasach była tam porcelana! Były tam porcelanowe naczynia, w tamtych czasach! Ich łyżki były miedziane, nie takie jakie były u nas — drewniane czy aluminiowe. Czyli ci, którzy byli tam przed nami, byli bardzo do przodu. Były tam porcelanowe płytki, każdy dom miał kominek, żeby mogli się ogrzać… bardzo bogaci. Wszystko było w najlepszym porządku. Z mebli, które tam pozostawiono, dano nam szafy, łóżka, maszyny do szycia — dla każdego — wóz do pracy i wiele, wiele innych rzeczy. Bardzo nam pomogli wtedy ci, którzy byli stamtąd (z Serbii). Dali nam też, każdej rodzinie, po 4 dekary ziemi, która znajdowała się za domem (był to bardzo płaski teren), żebyśmy mogli pracować, sadzić kukurydzę, żebyśmy mieli co jeść. Wszystko było bardzo dobrze, pięknie, tylko że nikt nie chciał tam zostać. Wszyscy chcieli wrócić. (…) Tam [w Gakovie; dop. M.M.] zaczyna się moje dzieciństwo, tam zaczęłam kojarzyć, być świadoma. To było 48. roku, wtedy miałam iść do szkoły. Byliśmy bardzo biedni, ale tam przynajmniej był chleb. To było bardzo ważne, że był chleb. Była tam praca — mój ojciec miał tam pracę.

M.M. — Czy było was tam wiele? Ludzie jakiej narodowości tam mieszkali?

Marija — Było tam wiele ludzi. Egejczycy, Macedończycy.

M.M. — Greków tam nie było?

Marija — Nie wiem, czy byli tam też Grecy. Myślę, że w Gakovie w Serbii byli wyłącznie Macedończycy, głównie z egejskiej części. Państwo [Jugosławia; dop. M.M.] nas tam wysłało, tych, którzy uciekli. Wagonami nas tam przewieziono, żebyśmy mieli gdzie mieszkać, ale nikt z naszych nie chciał tam zostać, więc niektórych sprowadzono z powrotem w 49-tym, ale my zostaliśmy do 51-szego r. Wróciliśmy na własny rachunek, sami opłaciliśmy sobie podróż… Bardzo się wymęczyliśmy.

M.M. — Dokąd przyjechaliście?

Marija — Tutaj, do Bitoli.(…) Nie wiem czemu mój tata wybrał Bitolę, do dziś nie wiem.

M.M. — Skoro mówimy o przeprowadzaniu się, o wędrowaniu, o przesiedleniach — może mi Pani powiedzieć, co wie o waszej ucieczce z Grecji, co Pani pamięta?

Marija Byliśmy zmuszeni do ucieczki. To była wojna domowa — jedni byli z Grekami, drudzy byli z Macedończykami, z partyzantami. I jeśli jesteś za partyzantami, Grecy będą cię ścigać, strzelać — nie mają litości. A znów jeśli jesteś za Grekami, partyzanci będą cię ścigać. Nie masz gdzie uciec. Ci, którzy popierali partyzantów, nie mieli tam gdzie się ukryć, musieli uciekać do wyzwolonego terytorium, tam gdzie była wolność. Więc uciekli. Uciekli z dobytkiem. Co można było zabrać? Jedno pokrycie, jedną ruguzinę [słomiana mata; dop. M.M.], jeden kociołek do gotowania, jeden gjum [naczynie na wodę, dop. M.M], miedzianą tavę [naczynie do pieczenia i smażenia, dop. M.M]. Nic więcej. I ubrania na sobie. Tylko tyle możesz udźwignąć. I piechotą przez góry. Przybyliśmy jesienią, po Małej Bogurodzicy[iii]. Zostawili świnię, kury, wszystko, wszystko co posiadali. Mój tata, po tym jak przekroczył granicę, wrócił się jeszcze następnego wieczoru, ubił świnię, wsadził ją w jakieś worki i przeniósł ją przez granicę. Nie mieli co jeść. Mięso posolili, stopili smalec i wstawili to w jakieś pojemniki. Ten, kto miał złote monety, mógł znaleźć chleb, a ci, którzy nie mieli złota, nawet chleba nie mogli kupić. Było bardzo ciężko. Bardzo się namęczyli. A mój teść uciekał w środku zimy z pięciorgiem dzieci — chłopcami — najmłodszy nie miał nawet 40 dni. Powiedzieli mu — „Trajko uciekaj, bo cię zabiją”. I co miał zrobić? Ubiera dzieci i uciekają nocą przez śnieg. Na granicy, w Mariovie, był pierwszym, który ją przekroczył — Pierwszy, pierwszy, 48. I tak to nasi uciekli na tę stronę, myśląc, że się wrócą, tak jak niegdyś uciekli podczas I wojny światowej, do Kosova, do Prešva, wielu tam zbiegło, byli tam od 1916 roku do około 21-22-go. Wtedy powrócili, i kiedy wrócili, wieś była spalona. Od nowa budowali domy. I podczas tej wojny, kiedy znów uciekli, myśleli, że się wyzwolą i że ponownie wrócą. Ale, niestety, nie było powrotu. Granice zamknięto i nikt nie mógł się wrócić. Wróciły tylko pojedyncze osoby, bardzo się o to starając, trudząc, męcząc.

M.M. — Może mi Pani opowiedzieć coś więcej o wsi, o Požarsko? Kto tam mieszkał, jaka była populacja, czy mieliście tam szkołę, cerkiew? W jakim języku się modliliście?

Marija Nasi mieli i szkołę, mieli i cerkiew. Tam, skąd jestem ja — z Gorno Požarsko, były dwie cerkwie — Sveti Gjorgji [pod wezwaniem Świętego Jerzego] i Sveti Jovan [św. Jana]. Jedna cerkiew była przy cmentarzu, a druga na środku wsi. Mieli tam i szkołę, ale zaczęto dzieci siłą zmuszać, żeby uczyły się po grecku[iv]. Od kiedy rozpoczęła się wojna, nie nauczano dzieci po macedońsku, a po grecku. I to był bardzo duży problem. Niektórzy bardzo źli nauczyciele bili dzieci, zmuszali je, żeby mówiły po grecku. A w domu w jakim języku miały mówić? Mówiły po macedońsku, swoim ojczystym językiem. (…)Požarsko jest czysto macedońskie, czysta etnicznie wieś. Nie ma Turków, nie ma Romów, nie ma Vlachów, nie ma Greków. Czysta etnicznie wieś. I górna, i dolna. Szkoda tylko, że Gorno Požarsko już nie istnieje. Wszystko zostało zburzone, zniszczone. I przesiedlili się do Dolno Požarsko. (…) Pop odprawiał modły w języku starosłowiańskim. (…) Męczyli nas bardzo. Żeby wykorzenić z nas nasz ojczysty język macedoński, Grecy otworzyli bezpłatne przedszkola na wsiach w egejskiej części Macedonii. Matki mogły pracować, a dzieci edukowano w celu nauczenia ich języka greckiego. Pierwsze bezpłatne przedszkola były utworzone w egejskiej części Macedonii! I w Požarsko, i wszędzie gdzie mieszkali Macedończycy. To była polityka Grecji, żeby wykorzenić macedoński język. Ale nie mogą go wykorzenić, pozostali jeszcze tacy jak my i starsi, którzy pamiętają jeszcze macedoński język i bardzo dobrze posługują się nim, gdy rozmawiają między sobą. Ale ze względu na młodych, męczą się, próbują mówić po grecku, ale nie mogą wypowiedzieć tego, co mają na myśli [w oryginale — „vistinskoto — to, co prawdziwe; dop. M.M.]. (…) Nasze życie było bardzo ciężkie, wszyscy, którzy tu przybyli, bardzo się namęczyli. Ci, którzy mieli zdrową rodzinę, którzy byli zdolni do pracy, dawali sobie radę, mogli znaleźć chleb, ale ci z małymi dziećmi, chorymi, ze starszymi ludźmi… im było bardzo ciężko. Życie było bardzo ciężkie.

M.M. — Kto i kiedy nazwał was Egejczykami? Macedończycy stąd?

Marija — Egejci? Aaa, to od kiedy przybyliśmy tutaj [do Republiki Macedonii, wówczas w granicach Jugosławii; dop. M.M.], wołali na nas — begalci [uciekinierzy, uchodźcy], Egejci[v].

M.M. — Ile miała Pani lat, kiedy zamieszkaliście w Bitoli?

Marija — Wróciliśmy w 51-ym, czyli miałam 9 lat. Umieścili nas w koszarach, w pustych koszarach. Później przybyło wojsko i musieliśmy się stamtąd przenieść. Do dziś nie wiem, czemu tak było, nie rozumiem tego. I gdzie teraz mieliśmy iść? Zamieszkaliśmy w jednym budynku, gdzie nie była jeszcze podłączona woda, nawet schody nie były dokończone. Weszliśmy na drugie piętro, mój wujek w jednym pokoju, my (mój ojciec) w jednym pokoju i drugi wujek z żoną i z moją babcią w kuchni. Trzy rodziny w jednym mieszkaniu. Mieszkaliśmy tak do 54-go r.. Stąd przeprowadziliśmy się w prilepskie, do jednej wsi. Jedno lato mieszkaliśmy tam, u siostry mojego taty. Tam urodziła się jeszcze jedna siostra — Menka. Później, 29-go listopada przenieśliśmy się do Prilepu. Budowano tam nową szkołę i my zamieszkaliśmy w jednym z baraków, w których mieszkali robotnicy budujący szkołę. Tam mieszkaliśmy, w jednym pokoju, jeszcze 6 lat — od 1954 do 1960. Ja już podrosłam i zaczęliśmy sadzić tytoń. Bardzo chciałam chodzić do szkoły, po tym jak ukończyłam czwartą klasę, ale ojciec mnie nie puścił. Powiedział, że kiedy mama będzie szła „na tytoń”, to żebym i ja z nią chodziła sadzić tytoń.

M.M. — A wasz ojciec pracował?

MarijaTak, tylko on pracował [w znaczeniu: był zatrudniony; dop. M. M.]. Było bardzo ciężko. Moja babcia, matka bez pracy… Ja nie byłam już mała, zaczęłam więc chodzić po domach, żeby coś zarobić, żeby móc sobie kupić sukienkę. Byliśmy bardzo ubodzy. Pierwszego roku, kiedy posadziliśmy tytoń, zbiory nie były udane. W następnym roku zebraliśmy tyle tytoniu, że mogliśmy kupić dom w Bitoli, w 56-ym–57-ym. I my te małe pieniądze, które udało nam się zebrać, daliśmy, żeby zapłacić za część domu. Razem z moim wujkiem i ciotką pracowaliśmy tu jeszcze jeden rok, sadząc tytoń, (1958-59), żebyśmy mogli spłacić cały dom. I kiedy go spłaciliśmy, w 1960 przeprowadzamy się do Bitoli. To był stary, turecki, dwupiętrowy dom. Na dole dwa pokoje i u góry dwa pokoje. Dzieliliśmy go z moim wujkiem. I kiedy 18 marca wprowadzaliśmy się tam — mój ojciec z jedenastoosobową rodziną — przed nami przyjechał sąsiad ze Žvan[vi] i, ponieważ budował nowy dom, zburzył nam ścianę [żeby zabrać cegły]. I otworzył nasze dwa pokoje, w naszej części domu. I kiedy tam przyjechaliśmy, nie mieliśmy się gdzie schować, było zimno, marzec, bardzo padało i pochorowaliśmy się. Moja mama bardzo wtedy płakała. Przeżegnała się i powiedziała — „Panie Boże, czy jeszcze będziesz nas męczył?”. Tylko tyle powiedziała. Jakoś udało nam się zagrodzić te dwa pokoje. I mimo wszystko lżej nam było, bo w końcu byliśmy na swoim. Mieliśmy dom, nie był nie wiadomo jaki, ale mieliśmy dom. I ja od razu, w wieku 18 lat zaczęłam pracować. Całą wypłatę przynosiłam do domu, bo nie mogliśmy się wyżywić. Tata kupował butle z 25 kg oleju. A mąka? Piekliśmy sami chleb. O mleku, mięsie czy serze nie mogliśmy nawet słyszeć, myśleć. Ważne było, żebyśmy mieli chleb, fasolę, ziemniaki, ryż. (…) Nigdy nie było tego, co byś chciał zjeść. Mimo wszystko, chwała Bogu, wszyscy byliśmy żywi, zdrowi, mimo tych wszystkich mąk, udało nam się przetrwać. Czyli jednak wszystko szczęśliwie się skończyło. I później z Petrem zaczęliśmy budować dom tutaj, ojciec zburzył stary dom i z tych kamieni zbudował nowy. Petre pomagał mu przy budowie jego nowego domu, a później mój ojciec pomagał nam przy budowie naszego. Po tej męce, której doświadczyliśmy, dobrze że zostaliśmy cali, zdrowi, żywi i o zdrowych zmysłach.

M.M. — Czy kiedykolwiek chcieliście wrócić do Požarska? Czy Pani była później w Grecji?

Marija — Twoja babcia [mówi do córki swojego brata; dop. M.M.] nie miała prawa do paszportu — urodziła się w Preševie, w Kosowie, w 18-tym roku, kiedy uciekli podczas I wojny światowej. A mój ojciec raz spróbował uzyskać metrykę urodzenia, ale powiedziano mu, że wszystko spłonęło. Więcej razy nie wyraził chęci pojechania tam. Moja matka mówiła — „Marija, nie chcę tam jechać, zbyt wiele się tam wycierpieliśmy, nie chcę”. Nie chciała ujrzeć tej męki na nowo.

M.M. — A Pani tam była?

Marija — Ja…? Wiele razy… Pierwszy raz byliśmy tam w 89-tym, we wrześniu. Ale wtedy pojechaliśmy z fałszywymi paszportami, w których było napisane, że jesteśmy tutaj urodzeni [w SR Macedonii w Jugosławii; dop. M.M.]. Taka była polityka… że jesteśmy tutejsi, a nie urodzeni w Grecji. Nie pisało się, że się jest urodzonym w Grecji. I tak pojechaliśmy, mieliśmy wizę. A teraz z paszportami biometrycznymi możemy pojechać bez problemu[vii]

M.M. — A w tych paszportach co jest napisane? Jest napisane, gdzie się Pani urodziła?

Marija — W tych paszportach jest napisane tylko „Grecja”, nie jest podane dokładne miejsce urodzenia, tylko „Grecja”. Wciąż jesteśmy „obcy”… Nie mamy miejsca urodzenia.

M.M. — A co stało się z waszym domem w Požarsko?

Marija — Z naszego domu nic nie zostało. Dom wujka Petra [tak mówi Pani Marija o swoim mężu w obecności młodszych osób, dla których mógłby być on wujkiem; dop. M.M.] stał jeszcze do niedawna, teraz już nie.

M.M. — Jakie uczucia Pani towarzyszą, gdy jedzie Pani do Požarsko?

Marija — Wszystko się zmieniło w Požarsko. Pierwszy raz, gdy pojechaliśmy, był najbardziej bolesny, bo nie chcieli nas wpuszczać. (…) Pojechaliśmy samochodem brata mojego męża. I gdy się zbliżaliśmy, ujrzeliśmy Mišov Kamen [Kamień Mišy]. Jest tam jedno miejsce, we wsi, co się nazywa Mišov Kamen. U góry widać krzyż. Nie brakowało wiele, żebyśmy mieli wypadek samochodowy — z pobudzenia, wzburzenia. (…) Poza tym w naszej wsi są 3 rzeki. Crna reka [czarna rzeka], Belica [biała] i Toplica[ciepła]. Crna reka tak się nazywa, bo w czasach tureckich Turcy chcieli poturczyć niektóre dziewczęta z naszej wsi. I powiedziały begowi — „Teraz nie mamy dokąd uciec, poturczysz nas, ale pozwól najpierw nam się wykąpać. Wy nie patrzcie, a my wykąpiemy się w rzece”. I weszły do rzeki, złapały się za ręce i wszystkie postanowiły się utopić. Nie wiem, ile dziewcząt to było. Unicestwiły się, żeby nie zostać poturczone. I dlatego rzeka nazywa się Crna — bo jest czarna, bo zabrała młode życie. Belica tak się nazywa, bo płynie po białych kamieniach, a Toplica, bo wypływa z ciepłych źródeł. I kiedy wspinasz się do Gorno Požarsko, widzisz w dole te trzy rzeki, jak na dłoni. Wygląda to bardzo ciekawie, bardzo pięknie (…)

M.M. — A co się stało z cerkwiami?

MarijaCerkwie? Jedna cerkiew się ostała, ale wszystkie freski są zamazane. Była zbudowana z garnuszków, żeby podczas śpiewania dobrze się słyszało. Jest zbudowana w takim stylu, jak te cerkwie w miastach. Bardzo pięknie jest zrobiona. Ale po nas wszystko zostało podziurawione, wszystkie freski zniszczone — szukali złota. A druga cerkiew została zniszczona, ta na cmentarzu. Wszystko zostało zniszczone. I groby są przeorane, i cerkiew zniszczona. Nic nie ma. I w tym miejscu wybudowano nową cerkiew. A tę co została, nie wiem czy ją odnowią (…)

M. M. — Czy mieszkają tam teraz jacyś Pani krewni?

Marija — Jacyś tak, ale nikt bliski. Wszyscy pouciekali.

M.M. — W jakim języku teraz tam się teraz mówi?

Marija — Po grecku. I w domu po grecku — ze względu na dzieci. Między sobą rozmawiają po grecku. A babcie, takie jak ja, gdy spotkają się na rynku, mówią po grecku, ale żeby lepiej się zrozumieć, używają macedońskiego. To, czego nie znają po grecku, powiedzą po macedońsku. I gdy my tam jedziemy, rozmawiają z nami po macedońsku. (…) Wszyscy znają tam macedoński i pomału zmienia się sytuacja, wchodzi tam macedońska pieśń. Coraz bardziej otwarcie śpiewa się po macedońsku. Do niedawna zabronione było śpiewanie po macedońsku i mówienie publicznie po macedońsku. Wcześniej bali się mówić po macedońsku, a teraz śpiewają publicznie. Ludzie zaczęli swobodnie rozmawiać po macedońsku.

M.M. — Kiedy zaczęła zmieniać się sytuacja dotycząca języka macedońskiego?

Marija — Przed około 10 laty. Od 10 lat jeździmy tam regularnie. Na spotkaniach otwarcie się śpiewa, mówimy im — „Gdzie jesteście, Macedończycy? Nie bój się, nie męcz się, że jesteś Macedończykiem”. Ja osobiście śpiewałam w kafanie[viii] w Požarsko, często tam śpiewam, gdy jedziemy ze skopianami wieloma autobusami. Śpiewałam tam po trzy godziny, kto z tamtejszych we wsi jakąś piosenkę miał na duszy, mówił „aj jeszcze ta piosenka, jeszcze ta”… Pomału, pomału wraca to „macedońskie” do ludu. Bo chociaż nie wiem, jak będą robić z nich Greków, oni noszą w sobie „to” — macedońskość, nosimy ją w sobie. Nikt nie może zabrać nam tej pieśni z duszy.

M.M. — Czy może mi Pani opowiedzieć o jakichś obyczajach, tradycjach egejskich związanych z kobietami?

Marija — W tamtych czasach oficjalnie nie było miłości. Nie pytano dziewczyny, czy kogoś kocha. Ojcowie decydowali. I dziewczęta nie wiedziały, że wydają ją za mąż, nie wiedziały za kogo. I nie dopuszczano, żeby dziewczyny i chłopcy byli za blisko, żeby się przyjaźnili. Oro oddzielnie tańczyły dziewczyny, oddzielnie chłopcy. Nie łączyli się, by tańczyć razem. I dlatego też dzisiaj, kiedy występują grupy folklorystyczne, ten kto prowadzi oro, trzyma chustkę w ręku — żeby, kiedy oro męskie i żeńskie się połączy, nie dotykali się bezpośrednio rękoma. Dziewczyny i chłopcy nie mogli publicznie razem się pokazywać, umawiać się. Kobiecym zwyczajem było, że jeszcze kiedy były małe, plotły skarpety, tkały, haftowały, pomagały w domu, żeby były gospodyniami.

M. M. — A czy zdarzały się śluby z miłości?

Marija — Zdarzały się, ale rzadko. Nie pozwalali im. Teraz jest inaczej. Wtedy mogli tylko spoglądać na siebie, tańcząc oro. Lub pisano liściki, jeśli ktoś umiał pisać. To było bardzo… straszne — mieć chłopca [śmieje się]. (…) A zabaw nie organizowano. Jakimś rodzajem zabawy była „podpredka”, to była w pewnym sensie „posiadówka”. Wtedy nie było prądu, żeby móc pleść, robić na drutach, zbierały się dziewczęta, siadywały przy świecach. Chłopcy też chcieli być przy tym obecni, szukali sposobu, żeby się spotkać. Przychodzili wtedy przez płot do tego domu, gdzie była ”podpredka”. To był rodzaj zabawy. A w niedziele, kiedy nikt nie pracował, praca była srogo zabroniona w niedziele, a jeżeli ktoś już musiał pracować, (…) miał w polu niedokończoną robotę, wtedy młodzi zgłaszali się, żeby temu komuś pomóc. To się nazywało „angarija” [z gr. „robota”, dop. M.M.]. I ci młodzi ludzie, chłopcy i dziewczęta, specjalnie szli, żeby pomóc, żeby móc się zobaczyć ze sobą. Z jednej strony chcieli pomóc, z drugiej chcieli się spotkać ze sobą. Młodzieńcza polityka.(…) Młodości nie możesz ukryć.

M.M. — Niech opowie mi Pani coś o swojej mamie, o jej życiu, o życiu kobiety w tamtych czasach.

Marija — Co mogę ci powiedzieć? Moja mama była bardzo łagodną kobietą. Bardzo dobrą, bardzo porządną. Była jedną z najpiękniejszych dziewcząt, nawet teraz niektórzy mi mówią, że była niezrównana, kiedy była młoda. Ale kiedy wyszła za mąż, stała się bardzo biedna. Pochodziła z ubogiej rodziny, ale od kiedy wyszła za mąż, była jeszcze biedniejsza. Mój ojciec był sierotą. Wzięli ślub w wieku 24 lat. Trzy lata byli zaręczeni, mój dziadek miał wyprawić im wesele. Wyprawiał, wyprawiał i nie wyprawił w końcu. I moja matka uciekła, uciekła za moim ojcem. Uciekła w 41-ym, kiedy zaczynała się wojna. Panowała bieda. Piekli chleb z mąki kukurydzianej, ale brakowało, żeby móc się najeść. W końcu zabrakło też soli. I dodawali do mąki słoną wodę z turšji [konserwowane warzywa, przygotowywane za zimę, dop. M.M.], żeby móc jeść chleb. To były bardzo biedne, ciężkie czasy. Mama opowiadała, że ten, kto hodował zwierzęta, miał i jedzenie, i ubranie. Ten, kto miał owce, mógł wytworzyć i jedzenie, i wełnę. Pleciono dywany, bluzki, skarpety — wszystko. A oni byli z tych uboższych. Kiedy przybyli tutaj, zaczęły im się rodzić dzieci — jedno za drugim. Niektóre umarły, niektóre przeżyły[ix]. Moja mama sypiała po 3 godziny dziennie, nie więcej. Ostatnia szła spać, pierwsza wstawała. Gdy miała wolną chwilę, robiła na drutach skarpety dla dzieci. Szydełkowała, robiła chleb, pilnowała dzieci, prała… Codziennie praliśmy. Moja matka… jak mogę ci ją opisać…? Ona nie miała czasu, żeby wyjść na ulicę, tak jak to robiły inne kobiety w mieście, taki był zwyczaj, że siadano na ulicy. Ciągle musiała być w domu, ciągle miała jakąś pracę…

M.M. — Ojciec wam pomagał?

Marija — Mój ojciec pracował. Pracował oficjalnie jako murarz i prywatnie, żeby móc przynieść więcej do domu. Z jedną wypłatą nie można było przetrwać. Ojciec nie pomagał w kobiecych pracach. Tym zajmowała się mama i ja, gdy podrosłam. Później zaczęliśmy się zajmować sobą wzajemnie. Każdy robił to, co mógł. Mama wydawała polecenia — „ty zrób to, ty tamto”. Starsze rodzeństwo zaczęło też pracować. Poza tym sadziliśmy tytoń. Kiedy wracaliśmy po sadzeniu do domu, od razu zabieraliśmy się, zmęczeni, do pracy — praliśmy, przygotowywaliśmy pieczywo, gotowaliśmy… Męczące było też to, że musiała wysyłać dzieci do szkoły, a nie miała ich w co ubrać. Każdej soboty i niedzieli wieczorem kąpała mniejsze dzieci (…) i prała im ubrania do szkoły. Pewnego dnia nauczycielka Viški dowiedziała się, że w szkole „Stiv Naumov” uczy się pięcioro dzieci jednej matki. I zainteresowała się nimi. (…) I powiedziała do Viški — „Viška, chcę przyjść do was, żeby zobaczyć się z twoją matką”. I co Viška miała powiedzieć. Powiedziała, żeby przyszła. „Powiedz swojej matce, że któregoś dnia do was przyjdę, żeby się z nią zobaczyć”. I kiedy nauczycielka przyszła do nas, mama myślała, że Viška narozrabiała w szkole. I nie wiedziała, co ma powiedzieć nauczycielce, myślała, że przyszła z pretensjami. (…) A nauczycielka powiedziała — „Proszę się nie martwić, nie przyszłam się kłócić. Chciałam Pani powiedzieć, że ma wspaniałe dzieci. (…) Dowiedziałam się, że ma Pani pięcioro dzieci, ale w szkole powiedziano mi, że ma Pani jeszcze więcej?”. — „Tak, mam” — odpowiedziała mama, zawstydzona, że ma tyle dzieci. — „Przyszłam ci pogratulować, matko. Chcę ci pogratulować, że choć masz tyle dzieci, wszystkie są czyste, wykąpane. Inni mają po dwoje dzieci, a wysyłają je brudne do szkoły. Dlatego przyszłam, żeby ci pogratulować”. Tyle mogę powiedzieć o mojej mamie. Była bardzo dobrą kobietą. Nie umiała się kłócić, nie przeklinała nas, nie biła. Była bardzo łagodna, bardzo spokojna. Ojciec więcej się denerwował, ale jak miał nas znosić, wszystkich w jednym pokoju, gdy wracał zmęczony do domu? Mama była wyjątkowa. (…) A ojciec… gdy którejś zimy kupował dla nas wszystkich buty, sprzedawca myślał, że jest on nauczycielem i kupuje te buty dla swoich wychowanków.(…) Takie to było nasze życie… burleska, ciężkie, męczące… (…)

M.M — Jak doszło do tego, że została Pani pieśniarką? Skąd Pani zna tradycyjne pieśń, egejski folklor? Jakie były tradycje, obyczaje?

Marija — Dużo śpiewała moja matka, i ojciec też śpiewał. I kiedy gromadziliśmy się, wtedy nie obchodzono urodzin, a slavę. My mieliśmy slavę na Świetego Atanasa — wtedy zapraszaliśmy gości. Albo na jakichś chrzcinach. Kiedy przychodzili goście, nie mówiono o tym czy o tamtym, gdy się gromadzili ludzie — śpiewano. A ja bardzo chciałam słuchać i poznawać piosenki. Wpadały mi do głowy [dosłownie – przylepiały mi się do umysłu— wystarczyło, żebym tylko raz usłyszała pieśń, więcej nie potrzebowałam. Nie musiałam sobie powtarzać ani bajek, ani piosenek. Od razu je zapamiętywałam.(…) Być może miałam nadprzyrodzoną zdolność, dar od Boga. Miałam nie tylko piękny głos, ale też kochałam te pieśni. I to zostało we mnie — i bajki, i pieśni. I teraz nadszedł czas, żebym wydała jedną książkę. (…) Wiele zapomniałam, ale część tego, co pamiętam, chcę przekazać innym — i pieśni i bajki, i obyczaje. A pieśń jest moim życiem. Kocham wszystkie pieśni. (…) I do dnia dzisiejszego śpiewam, należę do chóru, mamy koło kobiet, podróżuję z chórem. Nie chcę siedzieć w domu, wciąż jestem aktywna.

Zakończenie

Przytoczony powyżej dialog to większa część wywiadu, który został przeprowadzony w z Panią Mariją w maju 2011 r. Równie ważne jak sam wywiad była komunikacja pozawerbalna i rozmowy, które odbyłam z moją Rozmówczynią i Jej Rodziną w czasie wspólnie spędzonych dwóch dni w Ich Domu. Zanim przeprowadziłam i zarejestrowałam wywiad właściwy, Pani Maria w towarzystwie swoich wnuczek oprowadziła mnie po ogrodzie otaczającym dom. Jest to ogród niezwykły. Niewielkich rozmiarów, lecz bogaty w treści i znaczenia, jakie nadała im Pani Mariją i Jej mąż. Ogród jest mapą ich życia, mapą „tożsamości na uchodźstwie”. Nie znajdziemy tu artefaktów związanych z samą ucieczką czy z życiem na przymusowej emigracji, na przykład w Gakovie, które rodzina mojej Rozmówczyni opuściła, aby zamieszkać w Republice Macedonii (wówczas SJRM), a zatem bliżej stron rodzinnych. W ogrodzie znalazło się natomiast miejsce dla tego, co według moich gospodarzy było i jest najistotniejsze w ich życiu, tego, co najbliższe, najcenniejsze. Znajduje się tu między innymi wyrzeźbiony w skale liść tytoniu uważanego za symbol ciężkiej pracy narodu macedońskiego, pracy, dzięki której możliwa była egzystencja czy, jak w przypadku moich gospodarzy — wybudowanie własnego domu. Jak ważne jest posiadanie własnego miejsca, domu, oswojonej, bezpiecznej przestrzeni — szczególnie dla uchodźców, których ojczyzną jest „kraj o wędrującym terytorium”, zagrożony przez „obcych” — uzmysławia nam kamień „wykradziony” z dawnego domu w Požarsko.

Mirella Makurat


[i] Badania nad tematyką egejską prowadziłam przede wszystkim dla celów mojej pracy magisterskiej. Ponadto w Macedonii przeprowadziłam badania nad obrzędowością doroczną, religijnością ludową, a także — etnolingwistyczne badania dialektu regionu Poreče.

[ii] Dane mojej Rozmówczyni oraz Jej wypowiedź  podaję za wiedzą i zgodą Pani Marii, jednak pewne nazwy własne zostały zmienione ze względu na dobro moich Rozmówców i gospodarzy.

[iii] Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny obchodzone 8/21 września.

[iv] Mąż Pani Marii twierdzi, że przed wojną domową przez 3 lata w Požarsko istniała szkoła, w której zajęcia odbywały się po macedońsku i były prowadzone przez Macedończyków.

[v] Gość moich gospodarzy, ich rodak, który osiedlił się w Bułgarii oraz mąż Pani Marii podali informację, że terminy „Egejska”, „Wardarska”, „Piryńska” Macedoniia zostały utworzone w 1913 r. przy podziale terytorium Macedonii po upadku Imperium Osmańskiego.

[vi] Wieś w bitolskiem, Republika Macedonia.

[vii] Paszporty biometryczne stały się wymogiem od grudnia 2009 r., kiedy to Macedonia została włączona do strefy Schengen. Wcześniej Macedończycy podlegali unijnemu reżimowi wizowemu.

[viii] Tradycyjna, bałkańska restauracja, w której zespół ludowy śpiewa tradycyjne pieśni, gra muzykę ludową lub pop-folk.

[ix] Mama Pani Marii była w ciąży 15 razy, dziewięcioro dzieci przeżyło — osiem sióstr i brat. Pani Maria jest najstarszą z rodzeństwa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s