Może kiedyś…

Szukam i odgrzebuję zakurzone wspomnienia, dotyczące niby tak bliskiej osoby w moim życiu, a tak naprawdę dalekiej i obcej. Na temat swojej babci wiem niewiele, ot, kilka podartych, wyjętych z kontekstu stronic, kilka zdań urwanych w połowie, trochę wrażeń nieubranych w słowa.

babcia_mery1

Na horyzoncie pamięci widnieje też kilka przedmiotów, zwyczajnych, nierozłącznie zespolonych z codzienną egzystencją schorowanego, starszego człowieka. Wielkie, metalowe, trzeszczące łoże, takie, na którym każde dziecko w szale radości podskakuje, starając się sięgnąć nieba. Obok tego wiekowego łoża stoi gruba, miedziana laska z białą rączką. Laska, z którą wiele razy wraz z bratem mieliśmy bezpośredni kontakt. Babcia, kiedy coś przeskrobaliśmy, zawsze była w stanie nas nią dosięgnąć, niezależnie od tego, gdzie byśmy się nie schowali. Był to przedmiot, który budził respekt i strach, a przecież był wyrazem słabości i starczej niedołężności. Poza przedmiotami, w chaosie różnych wspomnień kłębiących się w głowie, nozdrza wyłapują po dłuższej chwili niezapomniane i przypisane dzieciństwu zapachy. Babcia była osobą otuloną w woń płatków dzikiej róży. Dzika róża, która rosła gdzieś na skraju strumyka, rodziła pąki kwiatów o niepowtarzalnym zapachu. Trafiały one do babcinego garnka, w którym spędzały godziny na rozżarzonej kuchennej płycie i w końcu zamykane w małych słoiczkach, czekały na długie zimowe wieczory. Zapach prowokuje i pobudza kolejne zmysły. Tym razem w ustach pojawia się cierpki smak proziaków, które babcia piekła na gorącej płycie kuchennego pieca. Duże, nieforemne, białe z czarnymi plamkami placki, smarowane domowym masłem. Mama już takich nie potrafi zrobić, a może to tylko smak dziecięcego świata gdzieś się zawieruszył, przeminął wraz z nim i nie pozwala odnaleźć już tego samego smaku dawnych, beztroskich lat?

Ciasto, delikatnie słone zarabiało się z mąki i wody, aha, dodawało się jeszcze sody oczyszczonej, żeby rosły. W rękach urabiało się okrągłe placki, dość duże, które kładło się na rozgrzaną blachę kuchennego pieca. Pamiętasz ten piec? Duży, z żółtych kafelków. Suszyło się na nim cebulę, a na dwóch gorących blachach piekło się proziaki. Czasami któryś się spalił przez nieuwagę. Trzeba było bardzo uważać, żeby do tego nie dopuścić. Pamiętasz, jak je jadłaś, jeszcze ciepłe, posmarowane masłem, aż Ci się uszy trzęsły? Tak, wszyscyśmy je lubili. Ja nie potrafię zrobić tak dobrych proziaków, jak robiła twoja babcia a moja mama, a może to tylko czasy się zmieniły i wraz z nimi smaki?

Może czas albo wiek człowieka ma przypisany sobie smak? Dorastają nowe generacje ludzi z nowymi kubkami smakowymi? Nowy świat, nowe perspektywy, postęp. Może smak także podąża z duchem czasu? Czy w takim razie babcia odnalazłaby się dzisiaj, w świecie, w którym żyję ja? Myślę że tak, ale nadal robiłaby proziaki na blasze starej kuchni, która do tej pory stoi w rodzinnym domu na wsi.

Janina Mularz przyszła na świat w 1926 roku jako jedno z sześciorga dzieci. Miała dwie siostry i trzech braci, z których jeden zmarł podczas wojny. Żadne z nich już nie stąpa po ziemi, wszyscy odeszli. Niektórzy, tak jak ona, trochę za wcześnie. Znów trafiła do szpitala, jej dotychczasowego lekarza nie było, opiekę nad nią przejął ktoś inny.

Lekarz zarządził podanie nowych leków, bardzo mocnych, za mocnych, jak się okazało. To ją zniszczyło… Nie wytrzymała leczenia, zmarła… Miała siedemdziesiąt lat. Teraz może coś takiego by się nie zdarzyło…. mama mogłaby jeszcze żyć.

Był rok 1996. Lato. Miałam wtedy osiem lat. Pamiętam ten dzień. Piękna słoneczna niedziela. Mama przygotowywała obiad, ja biegałam po podwórku i pluskałam się w małym dziecięcym basenie. Telefon. Odebrała mama. Dzwonili ze szpitala. Pamiętam ten smutek na twarzy mamy i łzy w jej oczach. Wiedziałam, że umarła babcia, ale nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, co to jest śmierć. Śmierć w piękną słoneczną niedzielę. Przed obiadem. W szpitalu pewnie nie było tyle słońca. Nie chciałam, żeby mama płakała. Nie umiałam zaakceptować jej smutku. Chciałam, żeby się ze mną pobawiła, żeby zapomniała, nie myślała o tym, co się stało. Biegałam po podwórku, wystawiając twarz na dotyk słonecznych promieni. Pluskałam się w basenie. Nie chciałam być smutna, nie chciałam płakać. Mama mnie skarciła za takie zachowanie. Nie pamiętam dnia pogrzebu. Oglądam na starych zdjęciach smętne twarze bliskich ludzi i moją jasną czuprynę zagubioną gdzieś pomiędzy nimi. Szeroko otwarte, nie rozumiejące zbyt wiele oczy. Nie pamiętam niczego, co było później. Tylko kilka bluzek mamy, czarnych, żałobnych, które ubierała w ciągu następnych miesięcy. I spódnica, też czarna. Pamiętam, jak wracała z pracy, cała na czarno. Jej oczy były zmęczone i smutne. Nie lubiłam tej czerni. To nie była zwykła czerń. Ta była bardziej zimna i złowroga.

Babcia mieszkała w Czudcu, niewielkiej miejscowości nieopodal Rzeszowa. Uczyła się w tutejszej szkole podstawowej. Na tym poziomie zakończyła się jej edukacja. Wszystkich uczniów zastała wojna. Nastał czas lęku, głodu, czas przymusowego dojrzewania w przyśpieszonym trybie. Jak bardzo ten czas wyrył na niej swoje piętno?

Twoja babcia wspominała ten czas, ale rzadko i niewiele mówiła, a może to ja już nie pamiętam? Było ciężko, wiadomo, często nie mieli z rodzeństwem co jeść, chodzili głodni. Mieszkali na wsi, uprawiali pole, starali się żyć najnormalniej,  jak tylko się da. W tych okolicach nie było takich bombardowań jak w miastach, było trochę spokojniej. Żydzi byli, ale ich powywożono. Jak ktoś siedział cicho, był bezpieczniejszy. Tylko jak jakieś wojska przemaszerowywały, to trzeba było się chować, uciekać. Albo jak na wywózki do robót łapali. Przed żołnierzami rosyjskimi uciekali do pobliskiego lasu i tam się kryli. Łapanki i wywożenie na przymusowe roboty było jednak gorsze. Wtedy musieli wszyscy uciekać dalej. Za pierwszym razem zawędrowali za Dynów, do Wary. Przyjęła ich jakaś rodzina. Wiesz, wtedy trzeba było sobie pomagać, to często jedyna nadzieja na przetrwanie była. No więc pomieszkiwali w tej Warze, a jak się wywózki kończyły, to wracali. Uciekali tak kilka razy, nie pamiętam już ile. Zawsze zatrzymywali się u tamtej rodziny. Dzieci tamtych ludzi były w podobnym wieku co babcia i jej rodzeństwo, zaprzyjaźnili się więc. Po wojnie wracali tam, odwiedzali się. Byli prawie rodziną. 

Pamiętam ich. Kiedy byłam mała, kilkakrotnie jeździliśmy tam z rodzicami i jedną z żyjących jeszcze sióstr babci. Ciepłe, bardzo gościnne przyjęcia. Ciągnące się przy stole rozmowy, życzliwość, tak upływały niedzielne popołudnia w Warze. Potem kontakt się zerwał, przypuszczam, że nastąpiło to po śmierci najstarszych członków tej rodziny – pokolenia mojej babci i jej rodzeństwa. Jestem przekonana jednak, że ich dzieci pamiętają naszą rodzinę. Rodzina babci nie tylko korzystała z pomocy innych, życzliwych ludzi, sama także takiej pomocy udzielała. Podczas wojny zamieszkali w ich domu uchodźcy. Skąd przyszli? Tego nie wiem. Było ich troje, rodzice z córką. Zajęli jedną z domowych izb. Spędzili w Czudcu kilka lat. Mieszkali tutaj jeszcze po wojnie jakiś czas, ich córka chodziła do tutejszego liceum, potem przeprowadzili się do Katowic. Babcia i jej rodzeństwo jeździli do nich w odwiedziny, nie byli więc sobie obojętni.

Wracam do czasów wojny. Wszyscy mieszkali w małym, drewnianym domku, który do dziś stoi w naszej wsi, jednak należy już do innej rodziny. Mogę się domyślić, że życie w nim nie było łatwe, zwłaszcza dla tak licznej rodziny. Uprawiali na roli, co się dało. W lecie kąpali się w pobliskim Wisłoku, tam też robili pranie. Kiedy zaczynała się strzelanina, uciekali do lasu.

Babcia opowiadała, że uciekali najczęściej przed Rosjanami, bo to dzicz była. Chowali się w lesie. Bali się. Pamiętała tych żołnierzy. Wielu z nich to młodzi chłopcy byli, tacy jak ona, w brudnych mundurach, z karabinami w ręce, które przedwcześnie wciągnęły ich w dorosły świat i okrucieństwa wojny.

Po wojnie wszystko powoli wracało do normalności. Trzeba było żyć. Na wsi ważne było pole i zwierzęta hodowlane. To dawało życie.

Twoja babcia bardzo lubiła zwierzęta. Pamiętam, że w domu zawsze hodowało się kury, krowę, świnie, czasami też króliki. Zawsze było kilka kotów. Wszystkimi zwierzętami opiekowała się razem z Twoim dziadkiem. On lubił na przykład świnie na spacery wypuszczać, kąpiele im robili, pamiętam. Z królikami kłopot był zawsze, bo to takie miłe stworzenia, szkoda było ich zabijać. O krowę się bardzo dbało, to żywicielka rodziny była. Babcia ją czesała, myła. To ona na co dzień najwięcej robiła przy zwierzętach. Dziadek chodził do pracy, babcia opiekowała się gospodarstwem, karmiła zwierzęta, doiła krowę, robiła przy mleku, a to, nie wiem, czy wiesz, ciężka praca była. Robienie serów, masła. Zanim maślniczka elektryczna w domu znalazła się, babcia ręcznie ubijała mleko na masło w takiej drewnianej. To było ciężkie zajęcie. Pamiętam do dziś ten niepowtarzalny smak wiejskiego masła, serów. Dziś już tego nie ma. Nawet swoje kwaśne mleko smakowało inaczej. Ty już pewnie tego nie pamiętasz, choć też jadłaś te rzeczy, jak byłaś mała. Pamiętam, że na masło się krzywiłaś i nie chciałaś jeść. Podobno niedobre było. Teraz już takich rzeczy nie ma, wszystko jest zaprawione chemią i różnymi polepszaczami smaku. Twoje pokolenie na tym właśnie jest wychowane. Kto współcześnie sam robi masło, no kto? Łatwiej jest kupić. Teraz na wsi niewiele osób ma krowy. Przejeżdżając przez współczesną wieś, już nie uświadczysz tylu krów na łąkach. Komu się chce? Poza tym to kosztuje, utrzymanie i wykarmienie zwierzęcia, dodatkowo praca przy mleku. Dzisiejszy kapitalizm nie sprzyja takiemu życiu. Dziś wszystko się kupuje w hipermarketach. Twoja babcia chyba nie odnalazłaby się w takim świecie.

To prawda, jestem dzieckiem nowego świata, tak nieprzystającego do świata mojej babci, którego przebłyski wracają od czasu do czasu we wspomnieniach. Nie jest ich zbyt wiele, byłam za mała. Pamiętam smak domowego masła, nie smakowało mi, to prawda, było gorzkawe. Krzywiłam się, wybrzydzałam, ale jadłam je. Chciałabym znów spróbować czegoś takiego. Ale teraz jest już za późno. Za późno na zbyt wiele rzeczy.

babcia_mery2

Nie wiem, jak babcia poznała dziadka. Nie wiem, jak długo się znali, spotykali, jak długo trwał okres ich narzeczeństwa. Wiem, że ślub wzięli w 1959 roku. Rok później urodziła się moja mama, natomiast dwa lat później wujek. Oglądam stare, czarno-białe zdjęcie ślubne dziadków. Są uśmiechnięci, babcia w białej, dość skromnej sukni, dziadek w garniturze. Oboje mieli po trzydzieści trzy lata. Do czasu narodzin dzieci mieszkali u rodziców babci. Później musieli wynająć część domu od sąsiadów. Dziadek chodził do pracy, babcia musiała opiekować się dziećmi. Zaczęli budować dom. Trwało to cztery, może pięć lat. Wszystko robili sami. Każdy z pustaków tworzących nowy dom, dom, w którym moja rodzina mieszka do dziś, zrobili własnoręcznie. W końcu się przeprowadzili.

Pamiętam, że na początku nie mieliśmy bieżącej wody w nowym domu. Nie było też kanalizacji. Toaleta była na zewnątrz. Kąpaliśmy się w miskach. Miałam chyba 11, może 12 lat, kiedy mogliśmy w domu korzystać z  łazienki z prawdziwego zdarzenia, takiej z bieżącą wodą i toaletą.

Codzienność naznaczona była pracą. Kilka hektarów pola, które trzeba było uprawiać i zwierzęta, którymi także na co dzień trzeba było się opiekować. Dziadek chodził do pracy i zarabiał pieniądze, babcia zajmowała się domem. Nigdy nie poszła do pracy. Myślę, że było to spowodowane wczesnym ujawnieniem się choroby, której pierwsze symptomy dały o sobie znać, kiedy miała trzydzieści pięć lat. Pozostanie w domu nie oznaczało wcale odpoczynku i masy wolnego czasu. Wręcz przeciwnie. Sześć dni tygodnia naznaczone było pracą od świtu do zmierzchu. Pracą bynajmniej nie lekką. Wydoić krowę, nakarmić wszystkie zwierzęta, sprzątnąć w ich zagrodach, zająć się mlekiem, ugotować obiad, utrzymać porządek w domu, przypilnować dzieci w odrabianiu lekcji i nauce. Zależnie od pory roku, na mieszkańców wsi czekały różne polowe zajęcia. Sadzenie roślin, plewienie, przewracanie siana, żniwa i wiele, wiele innych. W pracach oczywiście musiały pomagać dzieci. Dostawały zajęcia, które odpowiadały ich wiekowi. Mama wspomina, że zaczynało się od pasienia krowy. Zwierzę spokojne i łagodne, ale potrafiące czasami zerwać łańcuch, na którym było uwiązane i pójść gdzieś w świat. Kilka godzin spędzonych na łące, zwłaszcza w lecie, na kocu, z książką w ręku. Dziś wiele osób szuka takiego wypoczynku. Dla mamy i jej brata była to codzienność. Gdy trochę podrośli, musieli pomagać także w innych pracach, na przykład przy żniwach, przewracaniu siana, kopaniu ziemniaków, zbiorze buraków cukrowych. Lato i jesień to na wsi gorący bardzo czas. Dorośli musieli bardzo ciężko pracować. Żniwa, potem jesienią przygotowania do zimy, zbiory plonów, wykopki. To ważne wydarzenie dla wiejskiej społeczności. Pola uprawne były duże. Nierzadko w zbiorach pomagali sąsiedzi. Dzieci miały radochę z palonych ognisk, w których popiele piekło się ziemniaki, można było przejechać się wraz z wszelkimi zebranymi plonami na wozie ciągniętym przez konie lub przepaść w kopie siana zwożonego do stodoły. Namiastkę tego pamiętam ze swojego dzieciństwa. Wszystko jest zasnute jakby mgłą, podobną do tej, która unosi się na polach późną jesienią, porozdzierana jedynie przez pajęcze sieci, na których osadzały się krople rosy. Przez oczka tych zawieszonych niemalże wszędzie sieci, przebijają się słoneczne promienie przywołujące wspomnienia każdej z pór roku spędzonej na wsi. Ciepły, letni wiatr niosący ze sobą zapach świeżo skoszonej trawy lub siana, niepowtarzalny zapach koniczyny i nagrzanej ziemi. Jesień ze swoimi wilgotnymi i orzeźwiającymi porankami, palonymi wszędzie ogniskami, których zapach był tak charakterystyczny dla tego okresu. Zima to z kolei wieczory spędzone przy kaflowej kuchni z ciepłym kubkiem mleka i ciastem drożdżowym. W końcu pierwsze przebiśniegi w ogródku, wielkie kałuże wody na łące, do których można było skakać w trochę za dużych, niebieskich kaloszach. I te wyprawy na poszukiwanie pierwszych wiosennych roślinek, przebijających się na świat. To wspomnienia z wczesnego dzieciństwa. To lata, w których jeszcze była obecna babcia, ale wspomnienia te nie były już częścią jej świata. Była zbyt chora, dnie spędzała w swoim wielkim, metalowym łóżku w kuchni lub w szpitalu. Jej poskręcane i pomarszczone dłonie naznaczone były minioną pracą, od której odpoczynkiem była jedynie niedziela.

Babcia była osobą głęboko wierzącą. Pamiętam ją z różańcem w ręku lub nucącą jakieś stare religijne pieśni. Z drugiej strony zawsze myślałam, że była ona także trochę przesądna, w końcu różne ludowe przesądy na wsi kiedyś były silnie obecne. Pamiętam na przykład, że bratu wkładano do łóżeczka wielkiego „dziada”. Było to coś, co rosło na dzikiej róży. Jeden z ludowych przesądów mówił, że dziecko dzięki temu będzie spokojnie spało i nie będzie się budziło. Zawsze myślałam, że to sprawka babci. Mama jednak stanowczo temu zaprzeczyła, twierdząc, że babcia nie była ani trochę przesądna, złościła się nawet na te dziady, które do łóżeczka wkładała druga babcia, mama mojego taty. Każda niedziela wiązała się dla niej z wyjściem do kościoła, będącego również swoistym miejscem spotkań lokalnej społeczności. Podobno babcia często udzielała się, uczestnicząc w procesjach, niosąc obrazy czy figury świętych. Chodziła także śpiewać z innymi kobietami „majówki” przy przydrożnych kapliczkach, które wcześniej razem przystrajały. Po kościele, kiedy była jeszcze młoda, spotykała się z koleżankami na czudeckim rynku. Później, kiedy w domu czekała na nią rodzina, miejscem spotkań stał się dom.

Odwiedzało ją rodzeństwo, ale i koleżanki. Często zachodzili sąsiedzi. Dawniej to nie było tak jak teraz, że ktoś od święta przyjedzie, na zaproszenie. Myślę, że dawniej ludzie częściej się odwiedzali. Przychodzili niedzielnym popołudniem, tak zwyczajnie, żeby usiąść, porozmawiać, poplotkować o tym, czym żyje wieś. Przychodzili bliżsi i dalsi sąsiedzi. To było miłe. Dziś już tak nie ma. Każdy ma swoje sprawy, zamyka się w swoich czterech ścianach. W niedzielę, po tygodniu pracy, chce mieć trochę spokoju. Dziś jest też większa presja, że trzeba gościa odpowiednio przyjąć, czymś poczęstować. Wtedy wystarczyła herbata czy kubek kompotu. I siedzieli tak wszyscy w ciepłej kuchni lub na ławce przy domu, grzejąc się w słonecznych promieniach. Kobiety w sukienkach, nierzadko szytych na miarę u miejscowej, znajomej krawcowej. Wtedy to było coś. Trzeba było zdobyć tylko materiał. Ciężko było coś kupić w sklepie. Jeśli chciało się mieć coś naprawdę ładnego, szło się do krawcowej. Twoja babcia zawsze chodziła albo w sukienkach, albo w spódnicach. W spodniach nie widziałam jej nigdy. Jak już bardziej zaczęła na zdrowiu podupadać, to do ubioru przykładała mniejszą wagę. Poza tym rodzina, większe wydatki, wiesz, krawcowa kosztowała, zwłaszcza, że dobra była. Pamiętasz panią Szermerową? Sama do niej chodziłam, nawet z tobą, na przymiarki, jak mała byłaś. Tak, tak, szyła Ci spódnice i kamizelki najczęściej do kompletu. Miałaś takich kompletów trochę. No więc babcia chodziła do tej samej pani, po te sukienki i spódnice. Z butami było gorzej, duży problem z tym miała. Mówiłam już, że w sklepie, zwłaszcza tu na wsi, ciężko było coś kupić? Tak, chyba już Ci mówiłam. No więc w butach nie było dużego wyboru. A babcia ze względu na reumatyzm, miała ciągle opuchnięta nogi, potem trochę zniekształcone. Dlatego kupno butów dla niej było nie lada zadaniem. Jeszcze fryzura była ważna. W modzie była wtedy trwała ondulacja. Babcia też ją robiła. Specjalnie po to jeździła do  Strzyżowa, do fryzjerki.

Poza spotkaniami w gronie znajomych, czasami też coś się działo, jakiś festyn, spotkanie w domu parafialnym. Na wsi nie było wielu rozrywek. W ciepłe, słoneczne dni spędzało się czas nad Wisłokiem. Ta pobliska rzeka była miejscem niedzielnego wypoczynku. Wszyscy leżeli na kocach, dzieci pluskały się w wodzie, która wtedy jeszcze była czysta. Kiedy babcia była starsza, ale mogła jeszcze chodzić, niedzielne popołudnia spędzała często z sąsiadkami przy figurze świętego Jana. Była to duża, pobielana figura, wokół której można było usiąść na kamiennych ławkach. Stała ona przy torach. Była pamiątką dużej powodzi, kiedy to Wisłok zalał pobliskie pola i sięgał aż po tory i miejsce, gdzie do dziś stoi święty Jan. Figura stała przy drodze, dość ruchliwej, zawsze ktoś tędy szedł, w niedzielę ludzie wracali z kościoła, często więc ktoś przysiadł się na chwilę, żeby porozmawiać. Kiedy babcia zaczęła coraz poważniej chorować, rzadziej wychodziła z domu, poruszała się z laską o białej rączce, którą do dziś pamiętam. Niejednokrotnie jako dzieci wraz z bratem obrywaliśmy tą laską, kiedy coś nabroiliśmy. Inny obraz, jaki mam przed oczami, to babcia podpierająca się tą laską przy kuchni. Lubiła gotować. Co niedzielę piekła placki. Raczej skromne,  proste, w latach siedemdziesiątych nie było wielu produktów w sklepie. Często było to ciasto drożdżowe, później różne kruche ciasta, serniki, makowce, miodowniki. Większość produktów była własnej produkcji: jajka, sery, mąka, nawet mak, który sadziła na grządkach. Sama bardzo lubiła jeść różne mleczne potrawy, zwłaszcza w ostatnich latach życia.

Oprócz gotowania lubiła też czytać. Często wypożyczała książki w pobliskiej bibliotece lub jakaś sąsiadka przynosiła jej swoje książki lub gazety. Czytała też swoim dzieciom. Czasami nuciła różne melodie, śpiewała piosenki, których już nikt nie pamięta. Podobno miała wielki stary zeszyt pożyczony od kogoś, z  przyśpiewkami i różnymi pieśniami. Przepisywała go w wolnych chwilach, nucąc przy tym. Co się z nim stało? Nikt nie pamięta. Okazją do śpiewu były też długie zimowe wieczory, czas Adwentu, kiedy wraz z dziećmi przygotowywała choinkowe ozdoby ze słomek, bibuły, łupin orzechów. Dobrą okazją było też skubanie pierza, kiedy wraz z kilkoma sąsiadkami spotykały się, „darły pierze” i śpiewały.

babcia_mery3

Z czasem jej stan zdrowia się pogarszał. Choroba miała bardzo duży wpływ na jej życie. Cierpiała na reumatyzm. Odziedziczyła go po swojej matce. Wcześnie zaczęła zażywać różne leki, które z czasem zniszczyły wątrobę i nerki. W podeszłym wieku do wszystkiego doszły problemy z tarczycą i cukrzyca. Gościec, czyli reumatyzm, powoli rozwijał się i utrudniał jej wykonywanie nawet tych codziennych, podstawowych czynności. W ramach leczenia kilkakrotnie wyjeżdżała do sanatorium na dłuższe leczenie. Dopiero te wyjazdy dały jej możliwość zobaczenia kawałka świata. Dzięki temu odwiedziła Busko, Świeradów, Lądek i Połczyn-Zdrój. Po okresie leczniczych podróży nastał czas leczenia w domu i w szpitalu. Reumatyzm zniekształcił stawy jej rąk i nóg. Leczono ją wszelkimi możliwymi wtedy sposobami, na przykład  złotem, stosowano blokady stawów. W domu natomiast babcia robiła sobie kąpiele parafinowe. Z każdym rokiem jej stan się powoli pogarszał, choroba postępowała. Ból wymuszał stosowanie dużej ilości leków przeciwbólowych. Ostatni pobyt w szpitalu i prawdopodobnie podanie zbyt silnych leków zakończyło się jej śmiercią. Ostatni okres jej życia był bardzo trudny i bolesny. Choroby nie dało się zatrzymać, można było tylko łagodzić objawy i dolegliwości z nią związane. Babcia, kiedy nie mogła już chodzić, leżała lub siedziała na swoim łóżku. Pamiętam ją ze zdjęć, już kolorowych. W starym zielonym swetrze, na łóżku, z opartą obok laską, uśmiechnięta.

Jaką byłą kobietą? Myślę, że ciepłą. Raczej pogodzoną ze swoim życiem. A może to tylko złudzenie? Może tylko ja chcę ją taką pamiętać, pogodzoną i uśmiechniętą? Być może. Być może to moje wyobrażenie, którego bez niej nie jestem w stanie zweryfikować. Nie ma jej od wielu lat. Zostało tylko to wyobrażenie. Nie chcę go zmieniać, nie chcę grzebać głębiej we wspomnieniach bliskich, którzy pamiętają ją lepiej. Tyle wystarczy. Kiedyś może znów ją zobaczę, może z nią porozmawiam, już nie dziecięcym językiem i na pewno z większą świadomością. Może kiedyś…

 Teraz jednak nie ma to znaczenia, gdyż wszystkie postacie w tej opowieści są fikcyjne i nierealne- ale to samo dotyczy większości ludzi, których znam w realnym życiu, a zatem ta notka nie mówi zbyt wiele… (Slavoj Žižek)

 Maria Zimny

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s