Ciocia Wanda

6.1 Ciocia Wanda i wujciu Wiktor

Wczoraj pochowaliśmy Ciocię Wandę, ale nie tę, o której mam pisać. To ciotka mojego męża, znałam ją wiele lat. Każdy ma swoją ciocię Wandę…

Moja ciocia to właściwie ciocia mojego ojca, mojego stryja i wielu moich cioć z naszej rodziny. Zawsze tak o niej mówiono i my, dzieci, także zwracaliśmy się do niej w ten sposób, tak o niej mówiliśmy. Razem ze swoim mężem Wiktorem stanowili nierozłączną parę. Wujciu Wiktor i ciocia Wanda.

Urodziła się 1 marca 1903 roku w Krynicy Górskiej. Dlaczego właśnie tam? Miastem związanym z rodziną było Gniezno, gdzie do dziś stoi rodzinnym dom. Więc skąd Krynica?

Podczas ponownego oglądania albumów rodzinnych znalazłam kilka zdjęć na tle Domu Zdrojowego w Krynicy, więc być może Krynica, oprócz Spytkowic, była chętnie uczęszczanym przez rodzinę miejscem wypoczynku.

Była najmłodszym dzieckiem Jana Piskorskiego i Kamili Niemiec. Mój dziadek był jedynym synem w tej rodzinie. Ciocia miała jeszcze trzy siostry: Marię, Halinę i Jadwigę.

Długo, długo potem studiowała we Lwowie, gdzie uzyskała tytuł doktora filologii polskiej, poznała swojego przyszłego męża, zaangażowała się w skauting, była redaktorką harcerskiego pisma „Skaut” i redaktorką dodatku dla zuchów „Leśny duszek”. Jest autorką wydanego w 1938 roku poradnika Zakładanie gromad zuchowych.

Pobrali się z wujciem w 1933 roku i do wybuchu II wojny światowej mieszkali we Lwowie. Zachowały się dwa malutkie, wyblakłe zdjęcia, być może właśnie z dnia ślubu. Na pierwszym wujostwo wpatrzeni w siebie, młodzi ludzie, ciocia z pięknym, dużym bukietem kwiatów. Na drugim rodzina wokół pary „młodych”, najprawdopodobniej w tym samym wnętrzu. Zawierucha wojenna rzuciła ich do Spytkowic, gdzie schronili się u zaprzyjaźnionej rodziny, a od 1945 roku mieszkali w Krakowie na ul. Małej.

Ciocia pracowała jako korektorka: najpierw dla Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik” (założonej w 1944 roku), a potem dla Ossolineum, czyli Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Zmarła 11 czerwca 1972 roku. Tyle podstawowych dat udało mi się ustalić.

Jest jeszcze trochę zdjęć, pamiątek rodzinnych, a także jej portretów i scenek zarejestrowanych przez wujcia, który był pasjonatem fotografii i w swojej maleńkiej kuchni urządzał  laboratorium fotograficzne. Na podstawie tych zdjęć można odtworzyć pewne wydarzenia.

Na jednym z nich wujostwo są ze mną i moim bratem na spacerze w Nowej Hucie, mamy ze sobą sanki, jest śnieżnie. Nasze sanki ciągnie ciocia, bo wujciu oczywiście dokumentuje tę scenę.

Pierwsze wspomnienie, jakie wiąże się z mieszkaniem cioci, to święta Bożego Narodzenia w 1961 roku. Był wtedy wśród nas mój dziadek, który kilka miesięcy wcześniej wrócił z Anglii, a pamiętam ten wieczór dlatego, że nagle podczas spotkania od świeczek, jakie zapalono na choince, ona po prostu stanęła w płomieniach, co bardzo nas przeraziło, ale dzięki zimnej krwi  dziadka i wujcia sytuacja została opanowana.

Odwiedzaliśmy wujostwo kilka razy w roku. Ciocia zawsze elegancka, uśmiechnięta częstowała nas pysznymi wypiekami. Do dziś nie wiem, w jaki sposób udawało się jej wypiekać te wspaniałości w malutkiej kuchni bez piekarnika(?!). Siadaliśmy przy niewielkim stole, na którym królowała skromna, ale piękna zastawa, kawa podawana w dzbanku, platerowane łyżeczki i widelczyki. Pamiętam jej głos i śmiech, jaki towarzyszył tym spotkaniom. Były ciekawostki, przegląd prasy z niecodziennych wydawnictw prasowych, opowieści rodzinne i dowcipy. Nie wszystko do końca zawsze rozumiałam, ale nigdy się nie nudziliśmy. Język, jakim mówiono, podobnie jak dzień odwiedzin, miał wyjątkowy charakter. Wujciu pochodził ze wschodu i mówił z takim miękkim, charakterystycznym akcentem.

Którejś niedzieli duże zainteresowanie wzbudził projekt budowy szpitala dziecięcego w Prokocimiu. Krążył wśród nas numer miesięcznika „Ameryka”, który prezentował plany budowy i ideę nowoczesnej opieki nad dzieckiem.

Z czasem, kiedy otworzono hotel „Cracovia”, na stole pojawiły się pyszne wypieki z tamtejszej cukierni. Komentowano sukces znanego cukiernika Stefana Przebindowskiego i jego słynny „Torcik Stefanka”.

Z czasem wizyty stały się rzadsze, przynajmniej my, dzieci, rzadziej bywaliśmy na Małej, a to z powodu choroby cioci. Wujciu troskliwie się nią opiekował. Wspaniale zorganizowany, cały czas pracował, częściowo w domu, częściowo w redakcji, pielęgnował ciocię, dbał o gospodarstwo domowe, robił zakupy, karmił chorą.

Ciocia umarła w czerwcu, kiedy przygotowywałam się do egzaminów i cały ciężar wsparcia i pomocy wujciowi w tych trudnych chwilach spoczął na barkach moich rodziców.

6.2 Ciocia Wanda

Po śmierci wujcia, podczas likwidowania mieszkania wujostwa, osobiste rzeczy cioci przejęła moja bratowa. Odziedziczyłam parę pięknych, włoskich butów z wężowej skórki, przywiezionych podobno z Włoch, tylko dlatego, że miały mały rozmiar dokładnie mój. Zakładam je na szczególne okazje, jestem z nich bardzo dumna i bardzo mi w nich dobrze. Mam również chińską parasolkę, tę, którą trzyma ciocia na zdjęciu obok. Znalazłam także książeczkę do nabożeństwa, a właściwie dwie, jedna należała do cioci, druga do wujcia. Nie zadbałam o to, by zachować chociaż jedną filiżankę z serwisu wujostwa. Kiedyś nie było to dla mnie ważne, a teraz, kiedy wspominam tamte dni, chciałabym móc czasem wypić kawę właśnie z tamtej filiżanki.

Ewa Nowicka

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s