Pisane niemal z pamięci

13.1 Babcia  Henia i Dziadek BolekHenryka Wójcik, de domo Wrężel, ur. 4 stycznia 1932 r., zm. 16.04.2012 r.

Umarła rok temu. Byłam jej najstarszą wnuczką. Jeszcze pół roku po jej śmierci nie pamiętałam o tym, że jej już nie ma. Jeszcze osiem miesięcy później zastanawiałam się, gdzie i jak ona i Dziadek spędzą Boże Narodzenie i którego dnia Świąt się zobaczymy. Rok później zastanawiam się, dlaczego nie przyjęłam do wiadomości jej śmierci i śmierci Dziadka, który odszedł dwa miesiące przed nią. Na parapecie przy moim stole do pracy stoi fotografia zrobiona w słonecznym czasie kilkanaście lat temu. Babcia i Dziadek w ogrodzie, przed wejściem do kuchni, od tej bardziej prywatnej, mniej oficjalnej strony domu. Tam, gdzie na stałe postawiony drewniany stół i ławki dookoła niego, dla całej rodziny. Zdjęcie stoi, żebym pamiętała, żeby mnie kotwiczyła w pamięci o Babci. Ale czy zapomniałam o mojej Babci? I czy ona mnie pamiętała?

Pamięć jest kluczowa. Moja o niej i jej własna pamięć. Na wiele lat przed śmiercią Babcia zachorowała. Na okrutną chorobę, wydzierającą z niej moją Babcię, nią samą z niej samej. Choroba pamięci, Alzheimer. Przez lata prawie tego nie dostrzegałam. Raz na jakiś czas zadawała to samo pytanie, co łatwo mi było zrzucić na karb roztargnienia, zmęczenia, przepracowania. A może nie zauważyłam głębszych zmian, bo już wtedy od siedmiu czy ośmiu lat nie mieszkałam w tej samej miejscowości? Bo do liceum wyjechałam ze Szczawnicy do Zakopanego, żeby już nigdy tam na stałe nie wrócić? Bo wcześnie wyruszyłam w swoją podróż? Jej i moja codzienność były od siebie coraz bardziej odległe.

Wiosną ubiegłego roku, gdy Babcia już nieprzytomna i częściowo sparaliżowana leżała w szpitalu po udarze, zobaczyłam film „Róża” Wojciecha Smarzowskiego. Potem dużo myślałam o tym, czego nie wiem o wojennych losach mojej Babci i czego się już nie dowiem. Zastanawiałam się, jak możliwe jest to, że o wojennych losach mojego Dziadka, zesłanego z matką i bratem na Syberię, wiem tyle (choć wciąż za mało), a wojenne losy mojej Babci zamknięte są w zdaniu: uciekałam przed żołnierzami przez las. Już nie mogłam zapytać, choć jeździłam do Babci do szpitala, żeby wziąć ją za rękę, bo od udaru nie było z nią żadnego kontaktu, leżała nieprzytomna. Jeszcze bardziej bez dostępu niż wcześniej, bez pamięci. Jaką historię zmieściła w tym lakonicznym komunikacie? Kiedy jeszcze mogłam, bałam się o to zapytać. Po „Róży” bałam się jeszcze bardziej, odganiałam od siebie myśl, czułam obawę przed samym sformułowaniem pytania, dla siebie. A już nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zadać JEJ pytanie o wojenne doświadczenia. Przecież to może być dla niej takie trudne. Pamiętanie było dla niej zbyt trudne, nieosiągalne, poza nią. A może też ciągle myślałam, że jeszcze będzie na to czas? Babcia była przecież odwieczna, była zawsze, kiedy byłam ja. Myślałam też, że to JA jeszcze nie jestem gotowa. Nie zapytałam. Babcia umarła, nie opowiedziawszy mi swojej historii.

Rok później zapytałam o to moją mamę. Opowiedziała mi historię swojej mamy, mojej Babci Heni, która uciekała przed żołnierzami przez las. Nie przed niemieckimi żołnierzami, jak wtedy myślałam, a radzieckimi. Kiedy do okolic Żywca, gdzie mieszkała, zbliżał się front, a wśród ludzi rozchodziły się wiadomości o okrucieństwie Armii Czerwonej, jej ojciec, mój pradziadek zaprzągł konie do wozu i zawiózł nim swoją rodzinę do bezpiecznego miejsca za Żywcem. Jechali przez miejscowość Las. To mają znaczyć słowa: uciekałam przed żołnierzami przez las.

Taką historię zna moja mama. To, co powiedziała mi Babcia, ubrałam w inną scenografię, mam w sobie pamięć młodej dziewczyny uciekającej przez las, bardzo się bojącej, ukrywającej się w gąszczu. Teraz nie potrafię oddzielić tego, co naprawdę powiedziała mi Babcia, od moich wyobrażeń. Może powiedziała coś, co sprawiło, że właśnie tak wyobraziłam sobie tę historię? Może nie w jej słowach, a w jej oczach, w jej twarzy wyczytałam ten lęk? Czy jej pamięć tak ją chroniła, że ucieczka przez las oznaczała we wspomnieniu, w opowieści podróż na wozie, a nie ucieczkę przed przemocą? Czy skuteczną? A może to tylko moja wyobraźnia podpowiedziała mi przemoc i strach? Jak w balladzie Mickiewicza „Powrót taty”, którą Babcia wielokrotnie recytowała nam z pamięci? Może tylko stąd ci żołnierze-zbójcy w moim wyobrażeniu? Tyle pytań. Chciałabym, żeby mojej Babci, kilkunastoletniej dziewczynie, pod koniec wojny nie stała się krzywda.

Początek wojny zastał moją Babcię nie w L/lesie, a w górach. Będąc siedmioletnią dziewczynką, 1 września 1939 roku przebywała na kuracji w sanatorium przeciwgruźliczym w Zakopanem. Nastawiłam uszy na to Zakopane, o którym opowiadała mama, a w którym ja spędziłam cztery lata liceum. Babcia nigdy nie powiedziała mi, że tam była. A może to ja nie pamiętam, że mówiła, może nie słuchałam. Zdziwiłam się, nie wiedziałam, że Babcia miała problemy z płucami. Okazało się, że nie miała. Miała za to siostrę Jadzię, która spadła z drzewa i w tym wypadku uszkodziła płuca. Ich rodzice, moi pradziadkowie, wystarali się o miejsce dla niej w sanatorium. Jednak trwało to tak długo, że Jadzia zmarła, zanim miejsce się zwolniło. Pradziadkowie nie chcieli stracić możliwości wysłania dziecka do kurortu. Do sanatorium w miejsce swojej siostry pojechała siedmioletnia Henia. Mała dziewczynka, moja Babcia, w zastępstwie swojej siostry, umarłej dziewczynki.

Wybuch wojny oznaczał dla Heni przygodę i… poczucie docenienia. Mama opowiedziała mi, jak po małą Henię w dniu wybuchu wojny przyjechali na rowerach z Żywca jej ojciec i stryj. I jak wracała ponad sto kilometrów z Zakopanego do Żywca, na siedzeniu na kierownicy roweru swojego ojca. Czuła się wyjątkowa – po żadną inną jej koleżankę z sanatorium nie przyjechali wtedy jej bliscy.

Potem już po wojnie, w dorosłym życiu, Babcia jeździła ze swoim mężem, moim Dziadkiem, do Krakowa do średniej szkoły ekonomicznej, przygotowując się do matury i zdobywając umiejętności, które później pozwalały jej pracować zawodowo – była księgową. Jeździli z Dziadkiem na motorze, ponad sto kilometrów w jedną stronę. Opowiadała mi, jak wielką przygodą był Kraków, tramwaje na Rynku Głównym, nauka i spotkania ze znajomymi ze szkoły. I powtarzała mi też: ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz. Zapamiętałam. Była dumna, że studiuję.

Tak jak pamiętam, że zawsze dosładzała piwo, nie przepadała za goryczką. Robiła najlepsze pod słońcem dżemy z czerwonej porzeczki, sok jabłkowy i jajecznicę ze szczypiorkiem. Chodziła w kwiecistych fartuchach i na rozgrzanej płycie pieca kaflowego piekła dla mnie, mojej siostry, braci, kuzynek i kuzynów kawałki surowego ciasta z mąki i wody, swoistą macę. W Nowy Rok piekła drożdżowe bułeczki, które nazywała „nowe latka” i każda osoba z rodziny miała obowiązek zjeść taką bułeczkę, chociaż jedną, żeby rok był udany. Ustawiała nam, dzieciakom, w swoim pokoju długą i szeroką deskę, której ona używała do prasowania; opierała ją o krzesło albo oparcie kanapy i urządzała nam z niej zjeżdżalnię. Śpiewała piosenkę o woźnicy. Pozwalała przychodzić do siebie do biura Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej, w którym pracowała jako księgowa. Pamiętam Babcię przy biurku, zapach linoleum, fotele z czerwonego skaju i poczucie, że Babcia jest bardzo ważną, mądrą, szanowaną osobą. Babcia zabierała mnie, moją siostrę, kuzyna i kuzynkę w góry, to z nią wchodziłam pierwszy raz na Wysoką, od tej trudniejszej strony, na własnych nogach, mając może osiem lat.

Babcia uczyła mnie podróżować. To ona, przy okazji wyjazdu w jedną z niewielu wspólnych wypraw, opowiadała mi o podstawach orientowania się w obcej przestrzeni. Oglądaj się za siebie, gdy idziesz do przodu, żeby w drodze powrotnej mieć pewność, że tędy właśnie trzeba iść. Jeśli będziesz się odwracać, to, co teraz zostawiasz za plecami, w drodze powrotnej będzie wyglądało znajomo. Nie zgubisz się, oglądając się za siebie. Więc oglądam się na Ciebie, Babciu. Oglądam te kawałki, obrazki w mojej pamięci. Piszę, przypominam sobie i rozumiem coraz lepiej, że więcej Cię w nich nie ma niż jesteś. Nie podjęłam śledztwa, nie przeszukałam dokumentów, nie szperałam w archiwach. Piszę o Tobie z pamięci, świadomie. Za jakiś czas podejmę wysiłek szukania, by pamiętać więcej.

Piszę to wszystko o Babci Heni, a we mnie jeszcze inna myśl – o drugiej Babci, Babci Kasi. Mamie mojego ojca. Nieżyjącej od wielu lat, pamiętanej za mało. Ważnej kobiecie ze spracowanymi dłońmi, z twarzą przeoraną słońcem i pracą, zawsze z włosami zaczesanymi do tyłu i w kwiecistej, góralskiej chustce na głowie. Jej też nie chcę zapomnieć.

Cała praca jeszcze przede mną. Praca oglądania kawałków i oglądania się za siebie.

Natalia Sarata

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s